Przejdź do głównej zawartości

Mam choroBLE, czyli nasze przygody z chorobą lokomocyjną

(lektura tylko dla tych, który problem dotyczy. Reszta niech czyta na własną odpowiedzialność)

Pierwszy raz zdarzyło się to, gdy Jula miała niecałe 8 miesięcy. Pamiętam, że jechaliśmy na jakieś rodzinne spotkanie, pewnie jakiś obiad. Wszyscy wystrojeni od stóp do głów. Z Mokotowa na Ursynów mieliśmy nie więcej niż 15 minut drogi autem. Gdy Maciek przymierzał się już do parkowania, Jula zaczęła najpierw okropnie płakać, a potem się krztusić. Na szczęście siedziałam obok niej z tyłu i mogłam chociaż próbować reagować. Choć w sumie zrobić mogłam niewiele. Po chwili było już po wszystkim, także po pięknej kreacji w kwiatki.

Odtąd każda podróż samochodem (serio każda!) kończyła się lub zaczynała takim epizodem. Nieważne, czy jechaliśmy 10 minut czy 5 godzin, z otwartym oknem czy klimatyzacją, przodem czy tyłem, szybko czy wolno, Jula wymiotowała i musieliśmy się z tym nauczyć żyć. I tak, wiem -  internet mówi, że choroba lokomocyjna nie występuje u niemowląt, ale sorry internecie  - mylisz się.

Z chorobą lokomocyjną mam też osobiste doświadczenia. Sama jako dziecko musiałam brać aviomarin i z wiekem tylko trochę z tego wyrosłam. W ciąży wszystko wracało, a nawet było gorzej – przez pewien czas musiałam przestawić się na komunikację tramwajową, bo w żadnym autobusie nie mogłam wytrzymać nawet kilku przystanków. Czytać w samochodzie nie mogę do dziś. Ot taka przypadłość.

Przeszukałam pół internetu, żeby jakoś pomóc naszemu dziecku. Żal było nam patrzeć jak się męczy. Niestety w Polsce nie było żadnego środka, który mogłoby przyjmować niemowlę. Ostatnią deską ratunku miały być leki z Niemiec. Dostaliśmy od znajomej syrop i tabletki, ale zabrakło nam odwagi (lub może jednak to był ostatni zryw zdrowego rozsądku), by go Julce podać.

Podróże samochodem ograniczyliśmy do absolutnego minimum. Po mieście jeździłam z Jula komunikacją miejską lub rowerem. W długie trasy wybierałyśmy pociąg lub podróż nocą, gdy Jula zasypiała nim zdążyła gorzej się poczuć. Auto, które kupiliśmy z myślą, że będziemy podróżować z dzieckiem, kurzyło się na parkingu pod blokiem.

I oto dochodzimy do tej części opowieści, która mam nadzieję, podniesienie na duchu wszystkich tych, którzy mają na pokładzie osobnika z szalonym błędnikiem, niemogącym się pogodzić z rozwojem motoryzacji.

Obecnie Jula ma prawie 5 lat i z samochodu korzystamy kilka razy w tygodniu, a w czasie wakacyjnej wyprawy codziennie. Jak sobie radzimy?

Zasada 1 – pusty żołądek
Staramy się, by Jula skończyła jeść minimum pół godziny (choć im dłużej tym lepiej) przed podróżą. Nie może też nic jeść ani pić w trakcie jazdy, w tym w czasie postojów. Jeśli sama zgłasza, że jest głodna lub chce pić, to oczywiście dostaje, ale wówczas wkracza kolejna zasada…

Zasad nr 2 – worki        
Absolutnym must-have przy chorobie lokomocyjnej według nas są worki na wymioty z ustnikiem. Plastikowa obręcz pozwala na samodzielne obsłużenie się dziecka w sytuacji podbramkowej, bez ryzyka zabrudzenia wszystkiego w koło. Łatwo się je trzyma i po wszystkim związuje. Worki można kupić w aptekach internetowych, np. tu: LINK. Fakt nie są one zbyt przyjazne środowisku, ale z drugiej strony doszorowanie detergentami zabrudzonego auta i pranie lub wyrzucanie ubrań też naturze się nie przysłuży.

Zasad nr 3 – współpraca           
W sumie wydaje się, że powinna to być zasada nr 1, ale nr 3 też dobrze wygląda. Zapanowanie nad chorobą jest łatwiejsze odkąd z Julą można się dogadać. To ona ją ochrzciła po swojemu na choroBLE. Julka wie i rozumie, że nie może jeść i pić, czytać i oglądać bajek. A gdy poczuje się gorzej, daje znać, by jak najszybciej zastosować zasadę nr 2. Bez obaw! Nie jesteśmy psychopatycznymi rodzicami, którzy nie bacząc na krzywdę własnego dziecka, ciągną je po Polsce, bo taką mają fanaberię. Nauczyliśmy się z tym po prostu żyć. Jula jeździ chętnie, nawet jeśli przez kilkanaście minut czuje się nie najlepiej.

Na koniec małe światełko w tunelu. W trakcie naszej wakacyjnej wyprawy Maciek kupił Julce w aptece opaski na nadgarstki. Byłam dość sceptycznie nastawiona, ale worki się nam skończyły (Julka przez pierwszy tydzień wyjazdu zużyła cały zapas) i trzeba było coś wymyślić. I nie wiem, czy to efekt placebo, czy też faktycznie jest to tak genialne, ale naprawdę Julce pomaga. Czyżbyśmy pożegnali się z choroBLĄ? Oby 😊






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kurut - wyzwanie na dziś

Wysuszone kulki ze zsiadłego mleka? Takie rzeczy tylko w Azji Centralnej.

Suszona ryba dla opornych

Jej słony, bardzo intensywny smak nie każdemu odpowiada. Intensywny zapach odrzuca wiele osób, ale suszona ryba jest na Wschodzie prawdziwą instytucją. Bo co można zagryzać do piwa albo w bani? Chipsy i orzeszki – owszem, całkiem niezłe, ale to wciąż nie to. Będąc rybnym stalinistą mogę z czystym sumieniem powiedzieć – suszona ryba i piwo to para doskonała, jeden z nielicznych w przyrodzie przykładów idealnej równowagi.

Płow po fergańsku

Ryż z mięsem i warzywami – tak najkrócej można opisać czym jest płow. Jedliśmy go w różnych wersjach – domowej, bazarowej, fastfoodowej, a nawet z kurczakiem. Można powiedzieć jedno – ilu kucharzy, tyle przepisów.